Friday, November 14, 2014

Big smile/Wielki uśmiech

Back in September 2006 I was told that a new employee of Arthur’s Court, young Pole will be living with me. K. was younger than me, fair-haired and pretty, she had small hands. I was thinking about endless nappies waiting for those palms. K. had no idea about living in England; I told her about the job, thinking: „You have to see it!”. Just like me, K. liked that particular job. 
 
She felt good among poorly elderly people. The residents most of the time were nice and polite; Arthur’s Court employers were really friendly. At first I believed that I met angels in England. The strangers were calling me „love” and smiling all the time. Later on I understood that „love” and big smile doesn’t mean that English love me, but it was nice anyway.

After a few weeks of my life at Street I realized that I love that place. I liked everything: nice English houses, Clark’s Village lovely shops, friendly bus drivers („That’s your change, love!”) smiling people... Tired of complaining and future fear which accompanied me in Poland I had the sensation I went to paradise in Heaven.

We wrześniu 2006 dowiedziałam się, że zamieszka ze mną młoda Polka – nowa pracownica Arthur’s Court. K. była młodsza ode mnie, jasnowłosa i urodziwa, miała drobne dłonie. Pomyślałam o niezliczonych pampersach, jakie czekały na te ręce. K. nie miała pojęcia o życiu w Anglii; opowiedziałam jej o pracy, której się podjęła, myśląc: „To trzeba zobaczyć!” Podobnie jak ja, K. polubiła to specyficzne zajęcie.

Dobrze się czuła wśród starszych, złożonych chorobą ludzi. Pensjonariusze byli na ogół mili i życzliwi, pracownicy Arthur’s Court nadzwyczaj przyjaźni. Miałam początkowo wrażenie, że w Anglii mieszkają anioły. Obcy ludzie nazywali mnie „love” – kochanie i nieustannie się uśmiechali. Później zrozumiałam, że „love” okraszone uśmiechem nie oznacza, że Anglicy mnie kochają, było jednak miłe.

Po kilku tygodniach mieszkania w Street zdałam sobie sprawę, że uwielbiam to miejsce. Podobało się mi wszystko: piękne sklepy w Clark’s Village, dostatnie angielskie domy, przyjaźni kierowcy autobusów („Oto reszta, love!”), uśmiechnięci ludzie... Zmęczona narzekaniem i lękiem o przyszłość, jaki towarzyszył mi w Polsce miałam po prostu wrażenie, że trafiłam do raju.

2 comments:

  1. A potem... (?)
    Będzie dalszy ciąg?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Juz byl:) Na tym blogu napisalam duzo postow o zyciu w magiczym UK. Pozdrawiam

      Delete