Saturday, August 19, 2017

Different accent/Inny akcent

I don't really want to go!” - I said to my husband. The trip seemed to be exhausting: I had 4 days to go to Glastonbury and then back to Bari. Walking in to check in I watched different clothes, accent, skin colours, and felt more like a traveller. My plane arrived at midnight. I had to wait forever along with the people sleeping on the bench seating or on the floor.

At 5 A.M I took a bus. The weather was bad, but the sun was out when I got to the oddest town in England. “Sixty year old man was arrested!” - A. told me. “He walked naked around the streets, pushing baby pram”. Living abroad changes you for good. I was suprised when my friend revealed that one of his mates is gay. „We talked about it!” - He said.

He tried to have a relationship with a girl but it just didn't work!”. For 2 days I was eating fish&chips from Knight Fish and climbing the Tor. On Thursday I was back to the airport. „I don't want to be back to Italy!” - Young man said loudly. „I want to sing, I want to be famous!”. After moving abroad you feel like you could do anything. Sometimes.

Nie bardzo chce mi się jechać!” - powiedziałam do męża. Podróż wydawała się męcząca: w ciągu 4 dni miałam pojechać do Glastonbury i wrócić do Bari. Idąc do kontroli obserwowałam różne ubrania, akcenty, kolory skóry i bardziej czułam się podróżnikiem. Samolot wylądował o północy. Musiałam czekać w nieskończoność z ludźmi śpiącymi na ławkach i podłodze.

O 5 rano wsiadłam do autobusu. Pogoda była paskudna, ale słońce wyszło kiedy dojechałam do najdziwniejszego miasta w Anglii. „Aresztowano sześćdziesięciolatka!” - opowiadał A. „Szedł goły ulicą, popychając dziecięcy wózek”. Mieszkanie za granicą zmienia. Zdziwiłam się kiedy znajomy opowiadał, że jego przyjaciel jest gejem. „Rozmawialiśmy o tym!” - mówił.

Próbował z dziewczynami, ale mu nie wychodziło!”. Przez 2 dni jadłam rybę z frytkami z Knight Fish i właziłam na Tor. W czwartek byłam znów na lotnisku. „Nie chcę wracać do Włoch!” - rzekł głośno młody mężczyzna. „Chcę śpiewać, być sławny!”. Żyjąc w innym kraju czujesz, że możesz dokonać wszystkiego. Czasami.

Saturday, August 12, 2017

English Pole/Angielski Polak

What I like most about the UK is that you can speak Polish there. I went to England earlier this week: I had to resolve a formal issue. In the middle of the night I walked with other passengers to the passport desk. The queue was very long: I saw many Poles, and couldn't resist talking to a young couple. “What do you think about Brexit?” - I asked.

 “It's good!” - The man said. “It'll be cleaner”. I stayed at my friends' house in Glastonbury: A. and his wife lived in England for 10 years now. “It wasn't nice after Brexit!” - A.told me. „They would stop you on the street and tell you to leave”. The situation has calmed after two men were arrested. K. lives in Street with her British partner.

She doesn't teach her children her native language. „I hate people asking me where I am from!” - K. said. „I'd always tell them that I'm from Street”. There is white and red Champions League flag in A.'s living room. „Can I take a photo of you?” - I aked. He agreed, and put his T-Shirt with Polish eagle on. „Tell Angelo that I'm a real English Pole” - He joked.

Najbardziej lubię w Anglii to, że można w niej rozmawiać po polsku. Pojechałam tam w początku tygodnia: musiałam załatwić sprawę w urzędzie. W środku nocy maszerowałam z innymi pasażerami do odprawy paszportowej. Widziałam Polaków i nie oparłam się pokusie rozmowy z młodym małżeństwem. „Co myślisz o Brexit?” - spytałam.

W porządku!” - odparł mężczyzna. „Trochę się odsieje”. Zatrzymałam się u znajomych: A. i jego żona mieszkają w Anglii od 10 lat. „Zrobiło się nieprzyjemnie po Brexit” - mówił A. „Zatrzymywali na ulicy, kazali wyjeżdżać”. Sytuacja uspokoiła się, kiedy aresztowano kilku mężczyzn. K. mieszka w Street z brytyjskim partnerem.

Nie uczy swoich dzieci ojczystego języka. „Nienawidzę jak ludzie pytają mnie, skąd jestem!” - mówi. „Zawsze odpowiadam, że ze Street!”. W salonie A. wisi biało-czerwona flaga z mistrzostw świata. „Mogę zrobić ci zdjęcie?” - spytałam. Zgodził się i założył koszulkę z polskim orłem. „Napisz Angelo, że jestem prawdziwy angielski Polak!” - żartował.

Saturday, August 5, 2017

The last day in Poland/Ostatni dzień w Polsce

I had a good time in Poland, but July passed by quickly and one sunny Wenesday we were waiting for a bus in Warsaw. I didn't really want to go back to Italy, and felt quite down. Something pulled me out from those thoughts: I noticed a man. He was short and small, with thick hair and dirty hands and clothes. He was shaking and looking at the pavement. 

A woman arrived at the bus stop: also she was strange somehow. She was getting bald, but had a big knob in the back of the head. She took a bottle of juice and banana from her bag. „There!” - She said. He looked and her and started eating. I wanted to give him my chocolate and speak to her. I never did but I understood that the best way to overcome the sadness is thinking about someone else.

Anyway, I wasn't writing for a while – I didn't wan't to but then I received notification email: three anonymous comments. „I read your blogs regularly”, „Keep up the great job!” „I like studying your articles”. I couldn't publish it – it could be only spam, but I'm back to blogging. Maybe there is really someone out there!

Spędziłam dobry czas w Polsce, ale lipiec minął szybko i pewnej słonecznej środy czekaliśmy na autobus w Warszawie. Nie bardzo chciałam wracać do Włoch i czułam się przygnębiona. Coś oderwało mnie od tych myśli: zauważyłam człowieka. Niski i chudy, miał gęste włosy, brudne ubranie i dłonie. Kiwał się i patrzył na chodnik. Na przystanku zjawiła się kobieta.

Też była trochę dziwna. Łysiała, ale z tyłu głowy nosiła duży kok. Wyjęła z torby butelkę soku i banana. „Trzymaj!” - powiedziała. Spojrzał na nią i zaczął jeść. Chciałam dać mu czekoladę i odezwać się do niej. Nie zrobiłam tego, ale zrozumiałam, że najlepszym sposobem na pokonanie smutku jest myślenie o kimś innym.

W każdym razie, nie pisałam przez dłuższą chwilę. Nie chciało mi się, ale dostałam maila z informacją: trzy anonimowe komentarze. „Czytam regularnie twojego bloga”, „Rób dalej dobrą robotę!” „Lubię czytać twoje wpisy”. Nie mogłam tego opublikować – być może to zwykły spam, ale wracam do blogowania. Możliwe że rzeczywiście ktoś mnie czyta!

Sunday, June 18, 2017

Good sign/Dobry znak

I told Angelo that two publishers didn't like my novel. “But it took them 14 and 11 months to answer. It could be a good sign! Maybe they couldn't decide whether to reject it or not” - I joked. I used to worry about it but enough is enough. It's been awhile since I understood what my destiny is: I would have to describe writer's failure.

The story of not not being chosen by a traditional publisher… Convincing yourself to self-publishing, and selling only one copy of your e-book. Ideally it would be also a story of not seing failure as an enemy, focusing on the devlopment and creativity but… „Brama magazine just published Matera 2019” - I said to my husband a couple of weeks ago.”

Before I would immediately write about it on my blog but I don't care now!” It's true. Like the character in Bulgakov's Master and Margarita, you are clutching your novel emerging into a world which doesn't give a damn. It's not only demoralizing, but also seems silly. But learning is evolving. The lesson from my „failure”: writing is for fun. Find yourself a job.

Powiedziałam Angelo, że moja powieść nie spodobała się dwóm wydawcom. „Ale odpowiedź zajęła im 11 i 14 miesięcy. Może nie mogli zdecydować, czy ją odrzucić!” - zażartowałam. Kiedyś się przejmowałam, ale wystarczy. Od dość dawna pojęłam swoje przeznaczenie: muszę opisać pisarską porażkę.

Historia o niebyciu wybranym przez tradycyjnego wydawcę… Przekonaniu się do self-publishing i sprzedaniu jednej kopii e-booka… Idealnie byłaby to opowieść o nieprzyjmowaniu klęski jako nieprzyjaciela, koncentracji na kreatywności i rozwoju, ale… „Czasopismo Brama opublikowało Materę 2019” - rzekłam do męża dwa tygodnie temu.

Kiedyś napisałabym o tym od razu na blogu, teraz mnie to nie obchodzi!” To prawda. Jak bohater Mistrza i Małorzaty, wracasz do życia, trzymając oburącz swoją powieść… Która nikogo nic nie obchodzi. To nie tylko zniechęca, ale i śmiesznie wygląda. Ale uczenie się to ewolucja. Wniosek z mojej “porażki”: pisanie to zabawa. Znajdź sobie robotę.

Monday, June 12, 2017

Happy blogger/Szczęśliwy bloger

I quitted Facebook but it looks there is no escape from social network. I've become a big fan of Instagram. I could spend hours scrolling through the pics of “happy bloggers”. They are sharing photos of chocolate biscuits, glass of beer, of their shoes and garden… They are smiling, relaxed and grateful for all those good things in their life.

All the Instagram fascination taught me two lessons: 1.“It isn’t what you have or who you are you are doing that makes you happy or unhappy. It is what you think about.”(D.Carnegie) 2.I'm too serious. The “happy” woman are drinking coke with rum, painting their toenails red, eating a whole box of candy in one sitting while I?

Don't even own a lipstick. Feel guilty of buying artificial sweeteners-filled stuff and other “bad” food. Always think that I would do something stupid after drinking alcohol. I threw a plate at my husband once” - My favourite blogger wrote. She's not trying to be perfect... Maybe it's the formula for happiness? It means loving who you are right now.

Odeszłam z Facebook, ale chyba nie ma ucieczki od serwisów społecznościowych. Zostałam fanką Instagram. Mogłabym spędzać godziny przeglądając fotki “szczęśliwych blogerek”. Dzielą się zdjęciami ciastek czekoladowych, szklanki piwa, swoich ogrodów i butów… Są uśmiechnięte, zrelaksowane, wdzięczne za dobre rzeczy w życiu.

Cała ta fascynacja Instagramem dała mi dwie lekcje. 1.Nie to, co masz albo kim jesteś cię uszczęśliwia, lecz to, co o tym myślisz (D.Carnegie). 2.Jestem zbyt poważna. “Szczęśliwe” kobiety piją rum z colą, malują paznokcie u nóg na czerwono, jedzą paczkę cukierków na jednym posiedzeniu, a ja? Nie mam nawet szminki.

Czuję się winna kupując rzeczy ze sztucznymi słodzikami i inne “złe” jedzenie. Zawsze myślę, że po alkoholu zrobię coś głupiego. Rzuciłam kiedyś talerzem w męża” - napisała moja ulubiona blogerka. Nie stara się być doskonała. Może to właśnie formuła na szczęście? Oznacza kochanie siebie takiego jak jesteś, teraz. 

Wednesday, May 31, 2017

Fight back/Oddawaj

M. is old enough to remember times when people recounted anecdotes in the evening. A story told by her mother G.: there was a girl who insisted that she wouldn't listen to her man. Nobody wanted to marry her, but eventually someone did. “Make me a plate of pasta tagliatelli!” - He said the day after their wedding. There was nothing to eat when he was back home for dinner.
 www.economist.com

He slapped her in the face. “I want spaghetti carbonara!” - He said the second day. Young wife wouldn't obey, and was beated with the belt. „Make me ravioli!” - The husband asked the third day but again there was dinner. He hit the girl with the stick breaking her arm, and called the doctor who asked 50 lire fot treatment. „Take 100, it will be for the next time!” - The husband said.

No, let's take the rest! I'll make you ravioli tomorow” - The wife protested. „Poor us, women! We're teaching our daoughters that it's fine to be beated!” - I observed. „She wasn't doing her job!” - M. insisted. Everyone seemed to agree with her, but I prefer the story of Lisbeth Salander. She knew how to say “no” to the men (and fought back if they were insisting).

M. jest wystarczająco dojrzała żeby pamiętać czasy, kiedy ludzie wieczorami snuli opowieści. Historia powtarzana przez jej matkę G.: była sobie dziewczyna która twierdziła, że nie będzie słuchała męża. Nikt jej nie chciał, w końcu ktoś się jednak ożenił. “Zrób mi makaron tagliatelli!” - rzekł dzień po ślubie. Kiedy wrócił do domu, nie znalazł nic do jedzenia.

Zdzielił ją po pysku. „Chcę spaghetti carbonara!” - oznajmił drugiego dnia. Żona nie posłuchała, więc zlał ją porządnie pasem. „Naszykuj mi ravioli!” - zażądał trzeciego dnia, lecz znów nie doczekał się obiadu. Zdzielił dziewczynę kijem, złamał jej rękę i zawołał lekarza, który poprosił o 50 lirów za kurację. „Trzymaj 100, będzie za drugą rękę!” - rzekł mąż.

Nie, weź resztę! Jutro ci zrobię ravioli!” - zaprotestowała żona. „Biedne my, kobiety. Uczymy córki, że dobrze jest, jak ktoś nas bije! - zauważyłam. „Nie robiła tego, co do niej należy!” - twierdziła M. Wszyscy zdawali się z nią zgadzać, ale ja wolę historię Lisbeth Salander. Umiała powiedzieć „nie” mężczyźnie (i waliła gdzie popadnie jeśli nalegali)

Sunday, May 21, 2017

Not for you/Nie dla ciebie

I remember that old woman from the nursing home where I used to work back in 2006. One of my first days I was in her room with C. She wouldn't open her eyes even when we were feeding her. “She's tired of living!” - I said. C. laughed but I really meant it. Adam Smith used to wonder if his future wife would make him happy.
Źródło: internet

““Marriage isn't for you!” - His father said. “You marry for your family, for your future children.” I think that most of our life isn't about our needs, hopes and dreams. Almost everyone who has even been to school hates it, but is “for our own good.” You don't like your job? It's normal: most people are having the same problem.

Work all day and you cry all night/You ain't loving life, you say your hands are tied” - The song says. “Come out of the dark, into the light/Whatever your fear is, it will be all right.” Love the life you live, live the life you love, they say. Or let's hope that there is something like next life, and it'll be meant for you

Pamiętam staruszkę z domu opieki, w którym pracowałam w 2006 r. Jednego z pierwszych dni byłam w jej pokoju z C. Nie otwierała oczu nawet kiedy ją karmiłam. “Zmęczyło ją życie!” - rzekłam. C. się roześmiał, ale ja mówiłam poważnie. Adam Smith zastanawiał się, czy przyszła żona potrafi dać mu szczęście.

Małżeństwo nie jest dla ciebie!” - powiedział mu ojciec. “Żenisz się dla rodziny, przyszłych dzieci.” Myślę, że w większości naszego życia nie chodzi o nasze potrzeby, nadzieje, marzenia. Prawie każdy kto chodził do szkoły jej nie cierpi, ale “to dla naszego dobra”. Nie lubisz roboty? To normalne: ten problem ma większość ludzi.

Pracujesz cały dzień i całą noc płaczesz/Nie lubisz swego życia, mówisz że masz związane ręce” - mówią słowa piosenki. “Wyjdź z mroku w jasność/Czego byś się nie bał, wszystko się ułoży.” Kochaj swoje życie, żyj tak, jak kochasz, mówią. Albo miej nadzieję, że istnieje kolejne życie, i że będzie dla dla ciebie.

Sunday, May 14, 2017

A strange creature/Dziwne stworzenie

We're watching French cartoon „FloopaLoo, Where Are You”. Lisa and Mathias stay in the forrest inhabited by a strange creature. The boy (who is a blogger) wants to find FloopaLoo and write a post which will go viral… I understood him so well. Turning from an unknown blogger into popular one - the thought of it motivates you to keep writing. 
Źródło: Internet

There is many ways to hit the big time. Being brutally honest, and revealing that your ex blamed you for his cheating because you were so fat. Teaching something: writing about saving/earning money, fitness, healthy cooking… Increase blog traffic (social media, optimising post for search engines). I wrote two blog posts about unemployment.

10 years ago had 677 views so far, while Monthly pay 48. I used to ask myself why. Twice a week I was pushing that „publish” botton and hoping that it would increase my statistics. But it's a waste of time. I keep blogging because creating decent contest it's a good exercise. After five years I only write for myself. And think it was like that since the beginning.

Oglądamy francuską kreskówkę „Na tropie króla lasu”. Lisa i Matt mieszkają wśród drzew, gdzie żyje dziwne stworzenie. Chłopiec (który jest blogerem) chce odnaleźć FloopaLoo i napisać post, który stanie się viralem. Dobrze go rozumiałam. Przejście z nieznanego blogera do popularnego – myśl o tym motywuje do dalszego pisania.

Jest wiele dróg. Bycie brutalnie szczerym: wyznanie, że twój ex obwiniał cię za swoje zdrady, bo byłaś za gruba. Uczenie czegoś: pisanie o oszczędzaniu/zarabianiu pieniędzy, o fitness, zdrowym gotowaniu… Podnoszenie oglądalności bloga (serwisy społecznościowe, optymalizacja dla wyszukiwarek). Napisałam dwa posty o bezrobociu.

10 lat temu miał 667 wyświetleń, Miesięczna pensja 48. Zastanawiałam się dlaczego. Dwa razy w tygodniu naciskałam przycisk: „Opublikuj” mając nadzieję, że statystyki wzrosną. Ale to strata czasu. Bloguję, ponieważ tworzenie przyzwoitego tekstu to dobre ćwiczenie. Po pięciu latach piszę dla siebie. Myślę, że było tak od początku.

Sunday, May 7, 2017

Every killing/Każda śmierć

Someone gifted me The Last Man from Atlantis: Alexander Belaev's (referred ad Russian's Verne) book is quite tipical for socialist realism. Revolutionary proletariat (Atlantis' slaves) is preparing revolution. The writer didn't dare to oppose Soviet ideology. The famous poet Osip Mandelstam did.

Every killing for him is delight” - He wrote in Stalin epigram. Mandelstam had read it only to few friends: someone reported the poet who was arrested. He died in Transit Camp near Vladivostok. Nobody was safe in Soviet Russia. The NKVD officer who examined the poet was also arrested and sentenced.

He commited suicide 2 years after Mandelstam's death. Alexander Belaev died of starvation while his town was occupied by Nazis. A German officer conducted his burial. It was a gesture of respect: he spoke a short eulogy saying that when he was a boy, he loved reading the Belaev's novels. By writing a book you can be kept alive in the hearts of many (often good) people.

Ktoś podarował mi Ostatniego człowieka z Atlantydy. Książka Aleksandra Bielajewa (zwanego rosyjskim Verne) jest typowa dla realnego socjalizmu: rewolucyjny proletariat (niewolnicy z Atlantydy) szykuje rewolucję. Pisarz nie śmiał przeciwstawić się sowieckiej ideologii. Sławny poeta Osip Mandelsztam tak.

Miodem kapie każda nowa śmierć/Na szeroką osetyńską pierś” - pisał w wierszu o Stalinie. Czytał go znajomym, ktoś na niego doniósł i został aresztowany. Zmarł w łagrze tranzytowym pod Władywostokiem. Nikt nie był bezpieczny w sowieckiej Rosji: aresztowano i skazano oficera NKWD który przesłuchiwał poetę.

Popełnił samobójstwo 2 lata po śmierci Mandelsztama. Bielajew zmarł z głodu w zajętym przez nazistów mieście. Niemiecki oficer zajął się jego pogrzebem. Był to gest szacunku: wygłosił krótką mowę i wyznał, że kiedy był chłopcem, lubił czytać książki Bielajewa. Pisząc książkę, możesz przetrwać w sercach wielu (często dobrych) ludzi. 

Sunday, April 30, 2017

Long game/Dłuższa gra

Bari is not the cleanest city in the world. There are piles of bottles and boxes next to the waste containers, rubbish thrown on the streets, and dog's waste left on it. Italians may not clean up after their pets, but they do have a sense of humour. Once I noticed “a smile” made from two round and one long dog's poops. I wanted to take a photo of it for my blog.
Źródło: internet

I don't know you… But I thank you!” - Emma wrote. An exhausted Mum, she started writing about screaming “F*CK” at her husband and lying face down on a bed. People did respond, and her followers increased. “Blogging is a long game” - Emily says. Documenting the life of her family brings her so much joy. She has found her “blogging tribe”.

I was steady and consistent, cared about the stats, wanted to write good content, and people to read it. Five years on I don't have big audience, and I don't envy the bloggers who have it – but those who don't write at all. I don't regret blogging, but I can't devote my spare time to it. I'm into something, but I'll come back and write when I'll feel like doing it.

Bari nie jest najczystszym miastem świata. Koło kontenerów na śmieci piętrzą się butelki i pudła, na ulicach leżą odpadki oraz psie odchody. Włosi mogą nie sprzątać po zwierzakach, ale mają poczucie humoru. Kiedyś zauważyłam “uśmiech” zrobiony z dwóch kulistych i jednej długiej psiej kupy. Chciałam zrobić zdjęcie do mojego bloga.

Nie znam cię… Ale dziękuję!” - napisała Emma. Zmęczona mama zaczęła pisać o krzyczeniu “ch***j” w twarz męża i leżeniu twarzą w dół na łóżku. Ludzie odpowiedzieli, rosła rzesza wielbicieli. “Blogowanie to dłuższa gra” - mówi Emily. Dokumentowanie życia rodziny daje jej dużo radości. Odnalazła swoją “blogerską brać”.

Byłam stała i konsekwentna, zależało mi na statystykach, dbałam o treść, chciałam żeby ludzie to czytali. Po pięciu latach nie mam dużej publiczności i nie zazdroszczę blogerom, którzy taką mają, lecz tym, którzy nie piszą wcale. Nie żałuję blogowania, ale nie mogę poświęcać mu czasu. Mam inne zajęcie, ale wrócę i będę pisać – gdy będę miała ochotę.


Thursday, April 20, 2017

Privileged/Uprzywilejowani

She had found out about her illness about six months ago. She fought bravely: everybody thought that she would make it but it wasn't meant to happen. We were sitting on the bench in the playground some time ago. “I told to everyone: in a case I'm going to be sick, I don't want chemotherapy!” - M. spoke.

The doctors say: let's give this treatment a try… But it doesn't help!”. My friends looked serious. “I was diagnosed with a benign tumour. I have checked it out every six months!” - S. told us “I do all the screenings” - A. said. “But I'm afraid of breast cancer test. I don't know why!” The sun was going down. We walked home together.

What did other people's deaths matter to me (…) when we're all elected by the same fate, me and billions of privileged people like him who also called themselves my brothers? (...) Everybody was privileged. There were only privileged people. The others would all be condemned one day. And he would be condemned, too” (A.Camus).

Dowiedziała się o chorobie pół roku temu. Dzielnie walczyła, wszyscy myśleli, że sobie poradzi, ale tak się nie stało. Siedziałyśmy na ławce na placu zabaw jakiś czas temu. “Powiedziałam wszystkim, że nie chcę chemioterapii, gdybym miała zachorować!” - odezwała się M.

Lekarze mówią: spróbujmy tej terapii... Ale to nie pomaga!” Moje znajome wyglądały poważnie. “Wykryto u mnie niegroźnego guza. Kontroluję go co 6 miesięcy!” - powiedziała S. “Robię testy, ale boję się tego na raka piersi. Nie wiem dlaczego!” - rzekła A. Słońce zaczęło zachodzić. Wracałyśmy do domu razem.

Cóż obchodziła mnie cudza śmierć (…) skoro jeden tylko los miał wybrać mnie samego, a wraz ze mną miliardy uprzywilejowanych, którzy podobnie jak kapelan mienią się moimi braćmi. (…) Wszyscy byli uprzywilejowani. Istnieją tylko uprzywilejowani. Ich również skażą pewnego dnia. Jego także skażą” (A.Camus).

Sunday, April 16, 2017

Dear husband/Drogi mąż

Behind (almost) every blogging woman there is her man. There is no disgrace in not being married, but if we have a husband, we need to make sure everyone knows that. This is particularly true for bloggers: writing about our man and protector is a good idea. Like an open letter to dear husband. We can talk to our partner about sex.
Źródło: Internet

Imagine that you just finished cooking, putting the laundry on the radiators, feeding fussy baby… I just want to rest so leave my boobs alone tonight! If your man is not a model, you have to look with the heart. He's got funny teeth, bad skin, huge glasses, but you find him “handsome”. Your husband will thank you for that in the comment.

The letter to cheating husband and his mistress should be vicious and witty. “Your dress was cheap, but cute!” Writing on Valentine's Day: “It drives me mad when you… Your eyes roll when I… It isn't necessary to point out when… But I still love you.” Marriage is hard, but it's good to have someone we could yell at. Knowing that he forgives us.

Za każdą (prawie) blogującą panią stoi jakiś pan. Nie ma nic złego w byciu singlem, ale jeśli mamy męża, chcemy być pewni, że wszyscy o tym wiedzą. Sprawdza się to zwłaszcza w przypadku blogerek. Pisanie o naszym mężczyźnie i obrońcy to dobry pomysł - na przykład otwarty list do drogiego męża. Możemy mówić z partnerem o seksie.

Wyobraź sobie, że skończyłeś gotować, rozkładać pranie na kaloryferach, karmić kapryśne dziecię… Chcę odpocząć, więc zostaw moje cycki w spokoju tej nocy. Jeśli z twojego mężczyzny żaden model, musisz patrzeć sercem. Ma śmieszne zęby, problemy ze skórą, grube okulary, ale dla ciebie jest “przystojny”. Podziękuje ci w komentarzu.

List do zdradzającego męża i jego kochanki powinien być złośliwy i dowcipny. “Twoja kiecka była tania, lecz ładna!” Pisząc w Walentynki: “Strasznie mnie wkurza kiedy ty… Przewracasz oczami, gdy… Nie musisz wytykać, że… I tak cię kocham.” Małżeństwo to nic łatwego, ale dobrze mieć kogoś, na kogo możemy krzyczeć wiedząc, że nam to wybaczy.

Thursday, April 13, 2017

Monthly pay/Miesięczna pensja

V. knows a man who got a job at the factory. On the first working day he was told that the factory will shut down, and he will be entitled to a redundancy payment. He was under cassa integrazione for many years, and got retired – despite not working even one day. But times have changed. One of my friends was given her benefit “only” about seven years. 
www.jendavisphoto.com

She's positive that “cassa integrazione” is ok. The real problem are immigrants who take jobs from Italians. I would only stupidly smile when hearing this... I. lives in Bari with her family. “There is no life in my country!” - She said. I. who has computer science and economics master's degree works part-time as a cleaner. “I had to forget my beautiful diploma!”

But in one day I'll earn the monthly pay in my country!” - I. told me. Her husband is working hard six days a week. They live very modest life, and believe that the future of their children will be better. Knowing that some people take the hardest and lowest paying jobs, we won't take 7 (or 20) years of the benefit for granted. I'll tell it to my friend. Maybe.

V. zna człowieka, który dostał pracę w fabryce. Pierwszego dnia powiedziano mu, że zakład zostanie zamknięty, a on otrzyma zasiłek. Pozostawał w cassa integrazione przez tyle lat, że przeszedł na emeryturę nie przepracowawszy nawet jednego dnia. Ale czasy się zmieniły. Moja znajoma dostawała zasiłek “tylko” przez jakieś siedem lat.

Jest przekonana, że “cassa integrazione” jest w porządku. Prawdziwy problem to emigranci, którzy zabierają Włochom robotę. Słuchając tego, tylko głupio się uśmiechałam... I. mieszka w Bari z rodziną. “Nie ma życia w moim kraju!” - mówi. I. - magister ekonomii i informatyki – pracuje trochę jako sprzątaczka. “Zapomniałam mój piękny dyplom!”

Ale tu w jeden dzień zarabiam tyle, co u nas w ciągu miesiąca!” - powiedziała. Jej mąż ciężko pracuje sześć dni w tygodniu. Żyją bardzo skromnie. Wierzą, że przyszłość ich dzieci będzie lepsza. Wiedząc, że są ludzie, którzy wykonują najniżej płatne, najcięższe zajęcia, nie weźmiemy 7. (albo 20.) lat zasiłku za rzecz oczywistą. Powiem to mojej znajomej. Może.

Sunday, April 9, 2017

Bahia Blanca

When my husband was a kid he watched Japanese anime serie “From the Apennines to the Andes”. It's a story of young Marco from Genoa. His mother leaves Italy for Argentina leaving the family behind. She wants to earn money, but the boy can't accept it. Determined to bring Anna Rossi back, he travels the world to find her.
Źródło: Internet


Angelo is re-watching Marco with the kids, and I joined them recently. The boy arrives in Buenos Aires, but his mother is not there. Someone says that he might find Anna in Bahia Blanca. A friend from Genoa, street actor Peppino agrees to accompany him there. He buys a horse and wagon, takes his three young daughters and the long trip begins…

I was observing few debuts: the new authors did not achieve success, and most of them stopped writing. Publishing a book is my goal (self-publishing does not really count). I'm still in my way to Bahia Blanca – like Marco. He did not found his mother there but he kept looking for her. I won't give up (even if the failure of the book is unavoidable).

Mój mąż oglądał Japońską kreskówkę “Z Apeninów w Andy” w dzieciństwie. To opowieść o małym Marco z Genewy. Jego matka opuszcza Włochy, wyjeżdża do Argentyny pozostawiając rodzinę. Chce zarobić pieniądze, ale chłopiec tego nie akceptuje. Zdeterminowany przywieźć Annę Rossi z powrotem, przemierza świat w jej poszukiwaniu.

Angelo znów ogląda Marco z dziećmi; dołączyłam do nich ostatnio. Chłopiec dobija do Buenos Aires, ale matki tam nie ma. Ktoś mówi, że może znajdzie ją w Bahia Blanca. Przyjaciel z Genewy, uliczny aktor Peppino zgadza się mu towarzyszyć. Kupuje konia, wóz, zabiera trzy małe córki i rozpoczyna długą podróż...

Obserwowałam kilka debiutów: nowi autorzy nie odnieśli sukcesu, większość przestała pisać. Publikacja jest moim celem (self-publishing tak naprawdę się nie liczy). Wciąż jestem w drodze do Bahia Blanca – jak Marco. Nie znalazł tam mamy, ale szukał jej dalej. Nie poddam się (nawet jeśli porażka książki jest nie do uniknięcia).